Pierwszy raz piszę recenzję, i czuję, że w moim wydaniu to będzie raczej krytyka. Może poprzestanę na tym nie wnikając w pobudki, które sprawiły, że postanowiłam recenzować książki i zabiorę się do roboty.
,,Przychodzisz rano do kumpla i okazuje się, że nie żyje. Coś się stało po wczorajszej imprezie. Zostawił tylko playlistę z dołączoną kartką: "Dla Sama – posłuchaj, a zrozumiesz".
Jak po tym szoku poskładać historię swego przyjaciela? Jak z kolejnych piosenek i własnych wspomnień dojść do prawdy o tym, co się działo w jego życiu? I w twoim własnym życiu – bo okazuje się, że nic nie wydarza się przypadkiem. Nic nie jest obok ciebie. Odtwarzając jego historię, zmieniasz też swoją – bo w twoim życiu pojawia się pewna zagadkowa dziewczyna."
Szczerze powiem, że ostatnio zaczęłam szukać bardziej poważnej książki do czytania. Swoją przygodę rozpoczęłam z ,,Igrzyskami", jednak ostatnimi czasy literatura młodzieżowa zaczęła mnie przyprawiać o ból głowy związany z kompletnym brakiem logiki. Nie chciałam, jednak całkowicie oddalać się od tego gatunku, więc postanowiłam sięgnąć właśnie po ,,Playlist". Słyszałam, i przeczytałam wiele opinii o tym jaka to ta książka jest głęboka, niesamowita, piękna oraz o tym jak stara się zmusić czytelnika do myślenia. Bardzo chciałabym się z tym zgodzić, ale na moje usta ciśnie się tylko kolokwialne gówno prawda.
Bohaterem książki jest piętnastoletni Sam, pochodzący z niepełnej i niezamożnej rodziny. W szkole nie ma przyjaciół, właściwie ma tylko jednego- Haydena, puszystego miłośnika gier RPG. Stają się dla siebie jak bracia, wiedzą o sobie wszystko, słuchają tej samej muzyki, spędzają dnie na wspólnym graniu na komputerze. Wydawałoby się, że mogą powiedzieć sobie wszystko, ale czy na pewno?
Szczerze powiem, że kiedy moja koleżanka poprosiła mnie o pożyczenie, podałam jej książkę z dołączoną notatką, która brzmiała z grubsza tak:
"Jeżeli chcesz polubić tą książkę przeczytał 1/4. Jeżeli chcesz ją pokochać przeczytaj 1/2. Jeżeli chcesz ją znienawidzić- przeczytaj do końca"
I właśnie tak było- początkowo byłam wręcz zauroczona. Fabuła bardzo mocno odbiegała od stereotypowej książki dla młodzieży. Opisywała ból, rozpacz- emocje targające głównym bohaterem, po tym jak dowiedział się, co się stało z jego przyjacielem. Widać było tęsknotę i niezdecydowanie, oraz strach, obawę, że to on może być przyczyną kroku, do którego posunął się Hayden. Sam z tęsknotą odwiedza miejsca, w które zwykł chodzić razem z przyjacielem, jednocześnie cały czas słuchając tego co po sobie zostawił- tajemniczej playlisty. Po jakimś czasie bohatera zaczynają nękać wizje, a na chacie Google zaczyna pisać do niego tajemniczy Arcymag_Ged (a warto nadmienić, że pod taką nazwą w grach i na chacie pojawiał się zmarły chłopak). W tej chwili w książce pojawia się wspaniały, bardzo tajemniczy wątek zahaczający o mistycyzm. Byliśmy w pełni skupieni na wątku, który powinien być głównym w tej powieści, bo według mnie, jakby na to nie spojrzeć autorka sama zepsuła swoją pracę. W pierwszej połowie pojawia się wiele ważnych pytań, o to czym jest życie, jakie jest jego znaczenie, jeżeli jest tak kruche, i jak łatwo może się skończyć. Widzimy emocje, wszystko jest przemyślane. No i najważniejsze, list pożegnalny gra tutaj główną rolę. Bohater przez cały czas stara się zrozumieć co popchnęło Haydena do tak dramatycznego czynu.
Już na początku pojawia się wątek, który po pewnym czasie zniszczy zmieni nieco fabułę. Bowiem na pogrzebie Sam poznaje tajemniczą Astrid, platynowo- włosą piękność z kolczykiem w ustach i pustką w głowie. Myślę, że po tym barwnym opisie można się domyśleć, jaki mam stosunek to tej postaci, oraz jaki stosunek do niej będzie miał nasz główny bohater. Tak! Pojawi się miłoźdź. Myślę, że jeżeli będę kontynuować, a ktoś będzie czytać moje recenzje, przekona się jaki mam stosunek do wątków miłosnych w powieściach young adult. Zdarzają się takie, które wcale nie są irytujące, wręcz przeciwnie całkiem ładnie ubarwiają książkę (tutaj za przykład mogę podać ,,Czerwoną Królową" czy ,,Szukając Alaski"), jednak nie w tym przypadku. Tutaj zabiło to wszystko, czego można się było spodziewać po powieści o takim tytule. Powiecie może, że to dobrze. Książka jest nieprzewidywalna, zaskakuje. Odpowiadam, nie! Książka zmienia się w średniej jakości romansidło, do tego straaasznie nierealne. Bo pytam się, czy to możliwe, żeby zobaczyć kogoś i od razu zapałać do tej osoby silną i dojrzałą miłością? Nie, to może być zauroczenie, ale jak potem się dowiadujemy, bohater nigdy nie czuł tego samego do żadnej kolejnej dziewczyny. Dobrze, jest tutaj troszkę chaotycznie, więc może po kolei. Kończąc omawianie wątku miłosnego, muszę powiedzieć, że nie wydaje mi się, aby po pierwszym pocałunku parka postanowiła całować się jeszcze jakieś pierdyliard razy,chociaż, ja tam nie wiem, nie mam doświadczenie, poza tym to zakochanie zamknęło bohaterowi oczy, bo przestawał myśleć, o tym czemu Hayden tak postąpił, a zaczął zastanawiać się, czy Astrid jest wolna. Pani autorko, ja rozumiem, że trzeba przejść do porządku dziennego, przestać rozpaczać, wziąć się w garść i ruszyć do przodu, ale to nie dzieje się tak, że nagle ktoś odcina nas od tego kreską. To jest płynny etap. Przejście, nie teleportacja. Dobrze, a teraz kwestia, która spędza mi sen z powiek jaasne... Jaki czas tam panuje? Kiedy to się dzieje? Nie nie chodzi mi o rok, bo da się połapać, że dzieje się to w teraźniejszości, ale wiek innych bohaterów.
Wiemy, że Sam ma piętnaście lat i z tego co czytamy w epilogu był w II klasie, a po III klasie wyjeżdża się do college'u. Teraz trzymajcie się, i skupcie, bo jest to dość zawiłe. Kiedy Astrid była w I klasie zakochał się w niej chłopak, o rok starszy, brat Haydena. Wnioskuję więc, że był w II klasie. W flirtach rozmowach platynowej piękności z truloffem było coś o tym, że jest ona o rok starsza od Sam'a. Tak więc możemy to podsumować
--> A: I klasa/B: II klasa-->S: I klasa/A: II klasa/B: III klasa-->S: II klasa/A: III klasa/B: ?
Skoro więc w książce Sam jest w II klasie, a Astrid w III, to co się do cholery dzieje z EVIL bratem? Z tego co pamiętam jego ziomuś gej nie przyznawał się do swojej orientacji, aby dostawać stypendium, którego nie dostałby, gdyby kiblował, więc pani autorko, jak?
Ostatnią rzeczą o jakiej tutaj napiszę będzie moja opinia o "epilogu". Miałam nadzieję, że końcówka uratuje resztę, rozwieje tajemnice, ale jak można się domyślić, tak nie jest. Mamy tutaj istnie Disney'owką historię,gdzie wszyscy okazują się być biedni i niewinni. No z grubsza. Autorka starała się wprowadzić element zaskoczenia, ale był tak łatwy do przewidzenia, że wychwyciłam go i rozwiązałam (poprawnie) od razu po pojawieniu się go. Do tego we właściwej końcówce mamy najbardziej znienawidzoną przeze mnie formę, czyli szybkie zamykanie wątków. X poszedł na studia, Y dostał stypendium, a Z wreszcie zjadł kartofla. Proszę, nie. Najbardziej rozczarowała mnie jednak sama playlista. Towarzyszy nam ona od samego początku, przewijając się przez każdy rozdział, który był rozpoczynany piosenkami. Podobało mi się to, szczególnie, że treść i forma na jakiej bazował utwór próbowała była zachowana w poszczególnym fragmencie tekstu. Było mi jednak bardzo przykro a raczej doprowadziło mnie to do szału, że bohater ot tak
Uznał, że niczego się z niej nie dowie i przestał jej słuchać! Duh, kim jesteś człowieku!
Podsumowując. Nie jest to koszmarna książka, jest nawet całkiem niezła. Myślę, że moje rozczarowanie i oburzenie jest spowodowane oczekiwaniami, i poprzeczką, którą ustaliłam w moim wyobrażeniu. Wiele czytałam o tym jak mądra jest to książka, więc takiej się spodziewałam. Mimo ciężkiego tematu książkę czyta się wręcz nieprzyzwoicie lekko, przebrnęłam przez nią w raptem jeden dzień (szkolny) więc zajęło mi to może pięć, sześć godzin. Więc jeśli szukacie poważniejszego romansidełka z pozornie smutną atmosferą i czasem ,,jak mała, fikuśna piłeczka" (Wibbily wobbily, timey wimey) to serdecznie polecam.
Moja ocena: 5/10
Igguanna
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz